Otwórz artykuł
Olan Mill - Paths album cover

Olan Mill – Paths

Odkrywanie muzyki jest jak odkrywanie nowych lądów. Odkrycie nieznanego wcześniej kontynentu można porównać z odkryciem nowego gatunku, który podbija nasze serce. Wstąpienie na taki nowy ląd otwiera całą gamę niezwykłych artystów, ceniących i uwypuklających w swoich dziełach wybrane rzeźby dźwiękowe. Podróżowanie po świecie muzyki jest jeszcze bardziej możliwe w ostatnich latach dzięki tak szerokiej jej dostępności. Dlatego gdy używam słowa gatunek, nie mam na myśli szufladkowania czy ograniczania swobody artystycznej, a raczej narzędzia umożliwiającego poszukiwanie.

Szastam słowem ‚odkrycie’ dlatego, że album Paths to moje największe odkrycie jesieni bieżącego 2018 roku i jedno z najpiękniejszych odkryć w całej tej życiowej podróży po świecie muzyki. Słuchając go po raz pierwszy, wywołał u mnie odczucia podobne do tych gdy po raz pierwszy sięgałem po arcydzieła ambientu. Miałem wtedy wrażenie, że wchodzę do jakiegoś dziwnego, dziewiczego, nieznanego dla obszernej publiczności świata. Słowo ‚ambient’ często jest nadużywane, bo dla kogoś, kto całe życie słuchał muzyki piastującej melodię czy rytm jakiekolwiek delikatne umniejszenie tych aspektów może nasuwać skojarzenie z tym ‚nudnym’ gatunkiem. Dla mnie jest to muzyka, która potrafi zachwycić monotonią i minimalizmem. Stanowi pejzaż mogący stanowić zarówno tło, jak i być w centrum zainteresowania.

Paths to lekko ponad pół godzinny krajobraz dźwiękowy duetu Olan Mill, który tworzą Alex Smalley i Svitlana Samoylenko. To było pierwsze moje zaskoczenie, że Olan Mill nie jest jednym człowiekiem. Drugim zaskoczeniem jest to, że utwory były nagrane kilka lat wcześniej na żywo, poddane reprodukcji i złożone w album studyjny. Wyjaśnia to minimalizm warstw dźwięku dostrzegalny w tym albumie. To w pewnym sensie spowodowało, że artyści dopuścili się wzbogacenia warstwy melodycznej. Jednak balans między relaksacyjną teksturą a melodią został zachowany. Album znajduje się gdzieś między dwoma światami: ambientu i muzyki neoklasycznej.

Poszczególne utwory albumu są mocno zróżnicowane pod względem napięcia emocjonalnego, dramatyzmu. Stanowią niejako oddzielne wyspy skompletowane w piękny archipelag, który został okraszony zastanawiającą nazwą Paths. Jest to dzieło zwięzłe, oddające wiele odczuć przy użyciu niewielu środków. Mimo tych różnic między, uprośćmy to, smutkiem a radością, utwory są umiejętnie dopasowane między sobą. Kontrasty uwidaczniające się podczas słuchania w takiej ‚naturalnej’ kolejności to również jeden z zabiegów artystycznych.

Otwierający utwór Bleu Polar cechuje się podniosłością utrzymującą się aż do samego końca. Powaga tego utworu nie jest jednak tak bardzo obciążająca, można ją przyrównać do powolnie wijącej się zorzy polarnej w jakiejś arktycznej lodowatej krainie. Muszę przyznać, że przy pierwszym odsłuchu, trudno było ukryć wrażenia. W efekcie z niecierpliwością wyczekiwałem tego jak ten album się rozwinie.

Drugi utwór The Square Is Porcelain okazał się zaskakująco inny. Lekki i delikatny jak porcelana. Napięcie z poprzedniej kompozycji zostało uwolnione. Pianino wychodzi na pierwszy plan, zlewają się ze sobą w nieprzewidywalnym tańcu tworząc zwiewną teksturę. Późniejsze ‚low-endowe’ lekko szepczące warstwy nieśpiesznie następujące po sobie dodają temu dziełu dodatkowego ciepła. Klawisze te przypominają nieco styl Harold’a Budd’a.

Kolejny Amber Balanced, przyzwyczaja słuchacza do zmieniającego się jak sinusoida klimatu oddawanego przez utwory Paths. Zdecydowanie najbardziej mroczny i dłuższy od swoich poprzedników. Da się wyczuć pewną bezradność i desperację. Całkiem wyraźna, niezmienna warstwa drone zanika dopiero na końcu, w towarzystwie dźwięków deszczowego kija i ostrożnie podkreślających dramat skrzypiec.

Intestinal Flora to miniatura o dosyć intrygującej nazwie. Czyżby była to oda do flory jelitowej? Brzmi to co najmniej śmiesznie. A może jednak jest próbą opisania nieznanego, obcego świata? Nazwa utworu nie musi mieć nic wspólnego z muzyką. Od strony technicznej, miniaturka ta to nie umniejszając jej wartości artystycznej odciążająca pauza w tej smutniejszej części albumu.

Eye’s Closed (For Rube) jest tęsknotą zapisaną w dźwięku, tęsknotą do zmarłej babci Smalleya. Tutaj ciężko cokolwiek komentować. Niektórych odczuć nie da się po prostu opisać słowami. Emocje po stracie bliskiej osoby oddane są muzyką.

Stalled Boson ma przywilej zakończyć krążek Paths. Kompozycja wydaje się być przedłużoną w czasie piękną chwilą. Wyładowywuje cały ciężar jaki dostarcza słuchaczowi album jako całość. Stanowi niejako wstęp do najpiękniejszej melodii na świecie jaką jest cisza.

Otwórz artykuł
Olafur Arnalds - Remember album cover

Ólafur Arnalds – re:member

Gdy po raz pierwszy usłyszałem album islandzkiego artysty Ólafura Arnaldsa od razu stwierdziłem, że jest to nowoczesna muzyka klasyczna. Fundamentalnym elementem jest sentymentalne pianino. Utwory saman momentary, to miniaturki na pianino nasuwające skojarzenia z kilkoma wstawkami o podobnym klimacie znajdującymi się na albumie Drukqs artysty Aphex Twin.

Chociaż na albumie słyszy się instrumenty klasyczne, to Ólafur nie boi się elektroniki. Rozpoczynając od beatów, przez niskie syntetyczne basy po ambientowe pady. Szczególnie wyraźnie słychać to na utworze inconsist, gdzie rytmiczne uderzenia przewijają się w wirze seryjności z innymi instrumentami. Z jednej strony muzyka ta cechuje się pewną podniosłością i nostalgią, a z drugiej strony jest luźna i relaksacyjna.

Fascynujące jest to jak muzyka w historii zatacza pewien krąg. Gatunek ambient, którego korzeni można się doszukiwać w muzyce klasycznej, później zostaje zdominowany przez instrumenty elektroniczne. Właściwości syntezatorów sprzyjają rzeźbieniu w dziełach nie tylko melodii, ale przede wszystkim koloru, kształtów i warstw dźwięku. Instrumenty istniejące już od wieków zostają znów docenione jako tworzące pewien kolor – podkład. Słychać to od początku utworu undir, gdzie nakładające się warstwy smyczków tworzą przedsionek dla elektronicznej sekcji rytmicznej. Słuchając tych przekładanek nie ma się jednak wrażenia, że stanowią element dominujący. Nie nastąpiło zjawisko całkowitego wystawienia rytmiki na pierwszy plan, jak to stało się w wielu podgatunkach elektroniki. Przez co w oczach wielu ludzi stała się muzyką niskiego poziomu. Arnalds łagodnie posługuje się elektroniką by wzbogacać muzykę.

Słuchając ekki hugsa nasuwa się skojarzenie z opartym na powtarzalności minimalizmem kompozytora Steve’a Reich’a. Rozpoczyna się w szybkim tempie od jednego instrumentu i stopniowo dodawane są nowe. Bardzo ciekawe jest późniejsze łagodne przejście do instrumentów elektronicznych.

Niezwykle piękne jest zwieńczenie albumu utworem nyepi. Rozpoczyna się minimalistycznie, sentymentalne pianino. Później pojawiają się jednak spadające perły i łagodny powiew wiatru w ciepły słoneczny dzień.

Można powiedzieć, że muzyka umieszczona na re:member, to muzyka instrumentalna kompletna. To pomost między światem klasyki, elektroniki i ambientu.

Scroll to top