Otwórz artykuł
Air - Moon Safari album cover

Air – Moon Safari

Początek roku 1998 przyniósł ze sobą tajemniczo zatytułowane „Księżycowe Safari” francuskiej grupy Air. Jak się okazało album został klasykiem w swoim gatunku. Prezentuje on muzykę, która świetnie sprawdzała by się jako muzyka tło do windy, w sklepach jako tzw. muzak czy też w postaci soundtracku do filmu. Można powiedzieć nawet, że sięga ambientu jeśli uogólnimy ten termin gatunku do muzyki relaksacyjnej lub mogącej być tłem. Nie jest to jednak typowy minimalistyczny ambient – ma wyraźniejszą linię melodyczną oraz pewną powtarzalność wynikającą z elektroniki. Naturalne prawdziwe instrumenty nadają mu bardziej autentycznego charakteru.

Co spowodowało, że takie album powstał? Innymi słowy jakie inne dzieła były inspiracją muzyczną dla Air? Pewną podpowiedzią jest fascynująca seria albumów Late Night Tales, na łamach której różni artyści tworzą własną listę utworów do nocnych odsłuchów. Muzycy z Air również mają swój udział w tej serii. Siłą rzeczy znajdują się tam również ich muzyczne inspiracje. Sięgamy więc do źródeł. Są tam takie dzieła jak hipnotyczne Planet Caravan od Black Sabbath. Wzruszające For the World kompozytora Tan Dun. Są też utwory pełne elegancji: Camille, O’ Venezia Venaga Venusia czy nawet Pawana na śmierć infantki Ravela. Największymi inspiracjami dla Dunckela, jednego z członków Air był Brian Eno oraz projekt Cluster. Inne wpływowe akty muzyczne pochodzą od Kraftwerk, Pink Floyd czy Philip Glass. Wymieniliśmy tu całkiem pokaźną garść fundamentów Air – eklektyczną mieszankę relaksu i podniosłości. Taką właśnie muzykę mamy na Moon Safari. Francuska szykowność, czyli berecik, szalik i syntezator w łagodnej szpanerskiej okrasie.

Takim właśnie stylem charakteryzuje się otwierający utwór: La femme d’argent. Wyobrażam sobie rok 1998. Ktoś po raz pierwszy zapuszcza krążek zanurzając się w cieple winylowego szumu. Bas formuje się w kształty muzycznego cliche, będącego symbolem reprezentatywnym całego dzieła. Autorzy nie bali się stworzyć utworu długiego, powtarzającego motyw w kółko i w kółko, tak by wydeptać ścieżkę w umyśle słuchaczy. Elektryczne pianino dostarcza kolejnych wrażeń rodem z muzyki bluesowej. Natrafić na coś takiego w świecie, gdzie nie ma jeszcze Spotify, а żeby wykopać skarb muzyczny nie wystarczyło tylko kilka kliknięć, to dosyć unikalne przeżycie.

Krążek nie wiele utworów wokalnych. Na dwóch utworach pojawia się łagodny głos Beth Hirsch. All I Need oraz You Make It Easy. Jej głos niejako całkowicie zatapia się w ciepłej, niewymagającej muzyce. Do czego mogą służyć wokalne utwory na tak instrumentalnym albumie? Może jako pauzy dla rozmów, dla których ta muzyka tworzy tło.

Gdy zacząłem słuchać New Star In The Sky, przeniosłem się wyobraźnią gdzieś na pomarańczowo-błękitne niebo. Chmury powolnie suną się nie wiadomo dokąd malując ten relaksacyjny pejzaż. Często gdy słyszę radosne odgłosy dzieci z placów zabaw przypomina mi się ten utwór. Autentyczne nagranie młodych ludzi wplecione w to dzieło pokazuje pewną harmonię między tymi dwoma ‚rodzajami’ muzyki. Ktoś mieszkający przy placu zabaw lub przedszkolu może taką muzykę włączyć otwierając okno.

Na albumie mamy do czynienia często z momentami będącymi skrzyżowaniami różnych światów. Na utworach Talisman czy La voyage de penelope słychać połączenie bluesa z muzyką filmową. Dunckel i Godin często wykorzystują wysokie partie smyczkowe by nadać kompozycjom filmowości. W drugich częściach tych dzieł dramatyzmu muzyce nadają smyczki w Talisman, a La voyage de penelope taki dramatyzm tworzy trąbka. W międzyczasie twórcy nie rezygnują z elektronicznych wstawek syntezatorów.

Album pokazuje, że z prostoty można stworzyć naprawdę klasyczne dźwięki, które zapadają głęboko w pamięci muzycznej i stają się symbolem w swoim gatunku. Na następnych albumach Air słychać zdecydowanie więcej eksperymentalności.

Otwórz artykuł
Bonobo - Migration album cover

Bonobo – Migration

Album Migration angielskiego producenta muzyki elektronicznej Simona Green pod pseudonimem Bonobo to album, który zaliczam do typu muzyki uniwersalnej. Czyli dobrze zrównoważonej w różnych aspektach, które może dostarczać muzyka. Dobrze się przy nim odpoczywa, a kompozycje mimo swojej repetytywności nie doprowadzają do monotonii. Struktura poszczególnych utworów ma dobrze przemyślany kształt zawierający w sobie wprowadzenie, rozwinięcie i zakończenie. Możemy powiedzieć to o pierwszym utworze albumu: Migration. Od początku po ostatnie sekundy towarzyszą nam dźwięki klawiszy/pianina pochodzące od innego znanego twórcy muzyki elektronicznej Jona Hopkinsa. Przeplatają się subtelnie z przepysznie rozbudowaną sekcją rytmiczną i syntezowanym basem. Taka kombinacja instrumentu akustycznego z muzyką syntetyczną sprawia, że utwory są autentyczniejsze. Brzmią bardziej przyziemnie i naturalnie – jest to zabieg często stosowany przez Simona Green.

Zdobywając się na słuchanie Bonobo raczej nie nastawiamy się na utwory ze słowami. Mimo tego, że jest to płyta z przewagą utworów instrumentalnych, dostajemy również kilka utworów ze śpiewem. Zabieg ten powoduje, że album jako całość jest jeszcze bardziej zrównoważony. Rhye, Nicole Miglis, Innov Gnawa, Nick Murphy, to imiona zaproszone do udziału w albumie. Nasuwa się wniosek, że Simon jest coraz bardziej gościnny dla innych artystów wokalnych.

Grains, to dzieło będące majstersztykiem pod względem emocji wyrażonych w modernistycznej aranżacji. Połowa utworu to czekanie, napawanie się słodkimi samplami wokalnymi i rosnącym napięciem. Później wchodzi perkusja, sekcja smyczkowa i bas, który zamiata wszystko. W muzyce Bonobo nie brakuje klimatycznych wstawek – smaczków odkrywanych podczas wielokrotnych odsłuchów.

Moje serce podbił również następny utwór – Second Sun. Najkrótszy, najmniej elektroniczny, najbardziej autentyczny i naładowany emocjonalnie. Te gitary przypominają post rockowy styl grupy Mogwai, a później wchodzące smyczki ożywiają w pamięci dokonania kolektywu Godspeed You! Black Emperor – w miniaturce. Stanowi on ciekawie skontrastowany wstęp do następnego lotnego kąska Surface.

Co sprawia jeszcze, że nazywam ten krążek jako uniwersalny? To, że oprócz zrelaksowania się można również przy nim potańczyć, a jeśli nie, to przynajmniej pobujać się. Klubowy utwór Bambro Koyo Ganda z jakże czytelnymi elementami Marokańskiego folkloru. Podobny charakter oddaje uporczywa Kerala czy 7th Sevens.

Ontario, to bardzo ciekawy instrumentalny element Migration i jednocześnie najbardziej filmowy. Utwór dumnie idzie do przodu w towarzystwie rozwijającej się monumentalnej sekcji instrumentów dętych. Pod względem rytmicznym przypomina pierwotne dzieła Bonobo.

Zaszczyt zamknąć album ma Figures budzący skojarzenia z twórczością artysty pod pseudonimem Lapalux, którego utwór Bonobo zamieścił również na swojej kolekcji Late Night Tales.

Słowem podsumowującym Migration niechaj będzie równowaga, dostrzegalna gdy weźmiemy pod uwagę całość.

Scroll to top